Zakupy

241
0
Share:

 

Pewien mój znajomy żyje w przekonaniu, że ma system skutecznie zwalczający wszystkie pokusy, na które wystawiani są klienci supermarketów. System jest prosty i powszechnie znany: sporządzić listę zakupów. Po jakimś czasie do systemu wprowadził niezbędną modyfikację: na końcu listy dopisywał „Nie zapomnieć zabrać listy zakupów!”… Niestety, często ten system zawodził właśnie z powodu nierealizowania ostatniego punktu.

Zabiegi supermarketów mające nas skusić do wydania dodatkowych pieniędzy znane są nie od dziś. Różnie też bywa z naszą na nie odpornością. Ale ja dziś nie o tym. Dzisiaj o organizacji naszego czasu, a dokładniej o planowaniu. Komu z nas nie zdarzyła się taka sytuacja: powrót ze sklepu, ręce zwisające od zakupów na cały tydzień i nagle podczas wyładowywania ich z siatek dzwoni telefon. Jest ważny, nie cierpiący zwłoki. Rozpoczynamy rozmowę jednocześnie rozkładając zakupy. Ku naszemu zdumieniu po skończonej rozmowie odnajdujemy warzywa w schowku na buty a papier toaletowy w zamrażarce. Dźwięk telefonu uświadamia nam, że zostawiliśmy go na półce z kosmetykami. Przy okazji ściągamy zostawiony tam humus. Tylko z pozoru taka sytuacja może wydać się zabawna. Przecież właśnie pralka skończyła wirować nasze pranie i trzeba je rozwiesić. W skrzynce pocztowej roi się od emailii z ikonką „urgent!”.

Chwila nieuwagi i można zawalić ważne terminy, przegapić okazję, która się już nie powtórzy, niechcący urazić kogoś brakiem odpowiedzi.

Są pewnie setki sposobów, jak uniknąć takich przykrych konsekwencji. Ja mam najprostszy i najbanalniejszy: obok mojego laptopa zawsze mam notes. Taki zwykły, papierowy, w twardej okładce. Jest dość duży żeby trudniej było go przeoczyć. Zresztą… po tylu latach używania go mam już prawie automatyczny nawyk uzupełniania wpisów w nim i sprawdzania notatek z kilkudniowym wyprzedzeniem. Kiedy uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu właśnie w ten sposób organizuję swój czas uśmiechnęłam się i z rozrzewnieniem przypomniałam sobie wszystkie te wyklejanki, pamiętniki i zeszyty z dziewczęcymi sekretami, które królowały w podstawówce. Czyżbym była aż tak staroświecka?

Chyba jednak nie. Przecież na co dzień posługuję się nowoczesnymi środkami komunikacji, bez skrępowania używam telefonu komórkowego, na szkolenia lecę samolotem a nie podróżuję dyliżansem. Ale – jak się okazało – zwykły, tradycyjny notes i długopis potrafią zastąpić skomplikowaną elektronikę. I to z powodzeniem.

Niedawno przeczytałam, że na jednym z holenderskich lotnisk sprzedawane są kieszonkowe wersje książek ale… czyta się je w poziomie. Ma to upodobnić je do ekranu Kindla. Sam wydawca zresztą powołuje się na to w reklamie. Czyżby na naszych oczach dokonywał się jakiś zwrot w ewolucji rynku czytelniczego? Może mój kolejny notes będzie miał okładkę jak markowy i drogi laptop ale będzie można w nim zapisywać ważne terminy ołówkiem…?

Czytałam też, że jeden z amerykańskich artystów przez lata zbierał karteczki z listami zakupów wyrzucone przez klientów przed jednym z supermarketów. Już miałam zadzwonić z tą informacją do mojego znajomego, ale uświadomiłam sobie, że jego kartki tam na pewno nie ma…