Wypalenie zawodowe

1015
0
Share:

Pan Zbyszek pracujący w pewnej korporacji czuł się tak wypalony zawodowo, że na początku roku zdążył „wybrać” wszystkie możliwe dni urlopu. Nie mając nadziei na kolejny wolny dzień postanowił symulować szaleństwo. Chwycił się więc lampy wiszącej nad biurkiem i zaczął krzyczeć: „Jestem żarówką! Jestem żarówką…!” Zaskoczony szef ujął się za swoim pracownikiem i udzielił mu czegoś w rodzaju urlopu na poratowania zdrowia…

Być może przyczyną wypalenia zawodowego Pana Zbyszka była dojmująca rutyna. Może miał kłopoty z dogadywaniem się z kolegami z pracy i przełożonymi. A może cel, który mu postawiono był tak odległy, że wydawał się mało realny, nieosiągalny…?

To się zdarza.

Czasami stawiamy sobie cele, które są bardzo ambitne, wymagające mnóstwa pracy. Ponieważ osiągnięcie takiego celu liczone bywa nie tylko w miesiącach, ale nawet w latach rodzi się w nas frustracja. Czy można temu zaradzić? Wydaje się, że jest na to sposób.

Pewien mój znajomy jest taternikiem. Opowiadał mi historię zdobywania pewnego trudnego szczytu. Postanowił, że zrobi to za jednym podejściem. Już po pierwszej godzinie dopadło go zwątpienie. Szczytu nie widział a już czuł zmęczenie. Był bliski rezygnacji. Już myślał o tym, by zejść ze ściany i się poddać, kiedy zauważył, że musi bardzo mocno skupić się na swoim bezpieczeństwie. Jeden nieostrożny ruch i mógł spaść w przepaść. Od tej chwili jego uwagę zaczynały zaprzątać rzeczy bardzo prozaiczne: gdzie postawić stopę, gdzie wbić hak, czego i jak się złapać, żeby nie odpaść od ściany. Ani się obejrzał jak okazało się, że jest bardzo blisko celu. Zrobił –  trochę nieświadomie, trzeba przyznać – to, co i nam może się przydać przy pierwszych symptomach wypalenia zawodowego. Zamiast nieustannie wizualizować sobie postawiony cel (tego nas ciągle uczą na szkoleniach z motywacji, prawda?) zaczął sobie stawiać cele szczegółowe.

Najważniejsze jest, aby te szczegółowe cele, prowadziły nas konsekwentnie do celu głównego. Daje to wielorakie korzyści. Po pierwsze nie znika nam z horyzontu to, do czego dążymy. Przeciwnie, zbliżamy się do osiągnięcia celu. Po drugie naszą uwagę skupiamy na drobnych krokach, które wymagają od nas koncentracji u skupienia uwagi. To pozwala na takie wydatkowanie energii, które zapobiega zawodowemu wypaleniu. Po prostu MUSIMY coś zrobić, żeby nie odpaść od ściany. Jeśli szczegółowe cele są dobrze ustawione i podporządkowane celowi głównemu na pewno osiągniemy sukces. Codziennie będziemy widzieć jakiś postęp zamiast nieustannie i biernie wyczekiwać na upragniony i wymarzony koniec. Poza tym takie ciągłe pytanie „Daleko jeszcze…?” działa demobilizująco. Cel może być bowiem ustawiony tak ambitnie, że efekty naszych starań możemy zobaczyć dopiero po długim czasie. Do tego momentu może nam się przytrafić kilka chwil poważnego kryzysu i katastrofa gotowa…

Taki sposób działania można w skrócie nazwać „byciem tu i teraz”. Nie oznacza to oczywiście skupiania się wyłącznie na tym, co dzieje się wokół nas w tej chwili, ale przede wszystkim przybliża nas do osiągnięcia celu. Bo najważniejsze jest mieć ten cel przed sobą, ale inaczej rozłożyć akcenty w konkretnym działaniu. Codzienne sprawdzanie, jak daleko jeszcze do wymarzonego końca zabija inicjatywę. Dlatego ważne jest, aby żyć tym, z czym mamy bezpośredni kontakt, na co mamy wpływ i co nas przybliża do tego, co sobie założyliśmy.

Życie bywa jednak przewrotne. Podobnie jak w tej anegdocie, od której rozpoczęliśmy. Kiedy Pan Zbyszek wyszedł już z korpo po otrzymaniu ekstraurlopu jego kolega siedzący po drugiej stronie biurka zaczął pakować swoje rzeczy i zbierać się do wyjścia. Zdumiony szef zapytał o co chodzi. Zupełnie wyluzowany pracownik odpowiedział:” Nie ma żarówki to nie będę pracował po ciemku!”. Nie dajcie się zgasić…

Leave a reply