Czas

260
1
Share:

 

Poprzednio wspominałam o zarządzaniu czasem. Wiem, że językowi puryści oburzą się na takie sformułowanie. Czas jest wielkością wektorową i człowiek nie może mieć na niego wpływu.

Mówi się więc o zarządzaniu sobą w czasie. Są specjalne kursy, wykłady, poradniki.

Niektóre z tych ostatnich należałoby wyrzucić do śmieci jeszcze przed przeczytaniem, ale są takie, które przeczytałam z zainteresowaniem. To tam trafiłam na „Matrycę Eisenhowera”.

Rzecz dość znana, ale chyba nie na tyle, żeby o niej tutaj nie wspomnieć. Zasadza się na dwóch prostych paradygmatach: ważności i pilności. Ważne jest dla nas to, co jest istotne z punktu widzenia naszych życiowych celów. Pilność z kolei związana jest z czasem.

Matryca składa się czterech pól. Pierwsze to zadania ważne i pilne. Czyli takie, które wymagają natychmiastowego podjęcia działań a jednocześnie ich niewykonanie zrujnowałoby nasze najważniejsze cele. Tutaj decyduje się nasza strategia. Drugie pole to sprawy ważne ale niepilne. Moje ulubione pole. Tutaj lądują moje plany rozwojowe, czytanie, podnoszenie kwalifikacji, spędzanie czasu z innymi. Ponieważ drugie pole nie ma etykiety „pilne” często zdarza się nam o nim zapominać. Ale to właśnie tutaj rodzą się harmonia, automotywacja i poprawne relacje z innymi. Trzecie pole to sprawy pilne ale nieważne. Trzeba je zrobić szybko ale nie wnoszą one niczego do naszych strategicznych celów. To na przykład płacenie rachunków. W trzecim polu pojawia się delegowanie czynności. Wierzcie mi, że bardzo chętnie deleguję te sprawy na mojego męża… Czwarte pole to „pożeracze czasu” czyli rzeczy niepilne i nieważne. Przyznajcie się przed sobą samymi, ile razy bezmyślne serfowaliście w Internecie, wyszliście do galerii handlowej tylko po to, żeby zapełnić koszyk a nie kupić coś konkretnego, albo uprawialiście „TV zipping” czyli przerzucaliście kanały w tv z nudów…? Kiedy czwarte pole tej matrycy zaczyna dominować to znaczy, że trwonimy czas, przestajemy brać odpowiedzialność za nasze życie, jesteśmy na progu uzależnienia.

Macierz Eisenhowera jest dość znana. Ale ja trafiłam na nią stosunkowo niedawno. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że… odkryłam ją zanim ją poznałam. Nie mając pojęcia, co wymyślił były prezydent USA już to stosowałam w swoim życiu. Oczywiście nie wiedziałam nic o „ćwiartkach” czy „polach” matrycy a jednak mój czas z grubsza był podzielony właśnie wg niej.

Jest oczywiście pokusa, aby ograniczyć czwartą ćwiartkę (przecież jako kobieta biznesu powinnam unikać czczych rozrywek i marnotrawienia czasu na nieproduktywne jego spędzanie) ale na szczęście fachowcy podpowiadają (i podpowiadają mądrze!), że taki czas tylko dla siebie, takie nic-nie-robienie jest konieczne dla psychicznej równowagi.

W mojej aktywności w Marketingu Sieciowym przykuła moją uwagę pewna sentencja starożytnych greckich mędrców: metron ariston. Słownik podaje znaczenie: miara jest rzeczą najlepszą. Potoczne rozumienie tych słów wyraża się w zdaniu: umiar jest doskonały. Tak jak w pracy tak i w błahostkach trzeba zachować umiar. Kiedy więc planuję swoje „ćwiartki” Matrycy Eisenhowera nie rezygnuję oczywiście z żadnego z moich celówstrategicznych ale też nie zostawiam całkowicie pustej ostatniej „ćwiartki”. W końcu drugi raz się nie urodzimy…